wtorek, 28 października 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński - Niobe (część III)




III
NEBORÓW.
DUŻY KONCERT SKRZYPCOWY



1


Jest lampa na łańcuchach, co dotknięta skrzypi:
kobieta z parą rogów i ogonem rybim,

2

zowią ją meluzyną, czasem bergamaską,
pod stropem nad cieniami jakby płynie płasko

3

i światłami przemawi jak słowami człowiek.
Właśniem pod taką lampą siedział w Nieborowie,

4

w twarz Niobe zapatrzony, Niobe z Nieborowa.
Iskry od meluzyny biegły wśród belkowań

5

i listopad nadchodził w zabłoconych butach
z liściem klonu we włosach,
z resztką słońca w sercu.

6

Już nad bramą wjazdową błysły dwie latarnie.
W mroku skrzypnęły graby. Wiatr, piejąc chóralnie

7

ostatnie siedem liści zerwał i zakręcił,
fronton pałacu trącił i dalej popędził,

8

bęben płasko rzeźbiony stłukwszy w tympanonie,
aż jęk poszedł w tympanon, w herby i chorągwie.

9

A jesień tego roku jak Śródziemne Morze
płynęła. Słońce grało na liniach płaskorzeźb,

10

w muszkietach, w arkabuzach nieciło iskierki,
i w liściach, które pędził wiatr jak fajerwerki


11

dalej, dalej i dalej, wiatr jak ból przwelekły.
A noce były zimne. I ptaki uciekły.

12

Tylko tam, kędy teraz tyle oczu sowich,
a gdzie w czerwcu w jaśminie grał na skrzypcach słowik,

13

został blask, nawet nocą, jakby złotym pyłem
przykurzony wiersz w złocie: Ja, słowik, tu byłem.

14

A w sypialni, co z klucza trudno się odmyka,
nad miejscem, kędy stała szklana harmonika,

15

był arras, na nim wyspa w barwach mokrej mięty,
na wyspie wiatr, co widać było z drzew przegiętych,

16

a jeśli do arrasy zbliżyła się świeca,
widziałeś w ciemnej głebi, jak dzik gonił strzelca,

17

jakoby w ilustracji do pożółkłych stronic
pieśni pana Szekspira „Wenus i Adonis”.

18

Zacząłem w Nieborowie po pokojach brodzić
i od Niobe odchodzić, i znów do niej schodzić,

19

powracać i uciekać przez korytarz przykry.
Meluzyna w twarz Niobe upuszczała iskry,

20

z choinki Beethovena cacka spadające,
które Chopin pozbierał i zamienił w słońce.

21

W arrasie wiatr dął ciągle. To cichł, to się zbliżał,
to biegł przez cały rejestr, do basu się zniżał,

22

lasy dalej odsuwał, szedł przodem w sopranie
(arras zdawał się tańczyć jak pająk na ścianie),


23

a wiatr w tryl strzelca plątał, dzikowi grał w nozdrza,
rdzwą jesień prowadził jak Bacchus swój orszak:

24

satyrów i Szopenów na triumf indyjski —
jak u ministra Goethego „Elegijach rzymskich”,

25

gdzie jest waz greckich opis, jakby grały smyczki,
nisko, wyżej Acheron, świeczki i duszyczki.


SPOTKANIE Z CHOPINEM
Dobry wieczór, monsieur Chopin.
Jak pan tutaj dostał się?
Ja przelotem z gwiazdki tej.
Być na ziemi to mi lżej:

Stary szpinet, stary dwór,
ja mam tutaj coś w cdur
(taką drobnostkę, proszę pana),
w starych nutach stary śpiew,
jesień, leci liście z drzew.

Pan odchodzi? Hm. To żal.
Matko Boska, w taką dal!
Rękawiczki. Merci bien.
Bon soir, monsieur Chopin.


KONCERTU SKRZYPCOWEGO CIĄG DALSZY


26
Księżyc w globusy patrzał w bibliotecznej salce
i po morzu Śródziemnym wodził srebrnym palcem,

27
w Sycylię się wpatrywał, wędrował nad Francją,
a potem wielkim łukiem znów biegł do Bizancjum

28
i monogramy swoje rysował na dzwonach,
w sercach Archangelusa i Eutyfrona,

29
którym kazała śpiewać muza Taliarcha.
Następnie po zegarach, lustrach, w zakamarkach,

30
chmurę z siebie strząsnąwszy przy pomocy wiatru,
okrążając fortepian i brąz kandelabrów,

31
krzywym strumieniem spływał, gdzie sala czerwona,
gdzie na innej tkaninie był ślub Posejdona

32
złotem tkany jak rym do rymu,
a Merkury prezenty przynosił z Olimpu.

33
Wtem gwiazdy podeszły i brząknęly w szyby:
Panna, Wodnik, Lew, Łucznik, Bliźnięta i Ryby,

34
gwiazdy, gwiazdy najdroższe, gwiazdy rozmaite,
te jeszcze nie odkryte i dawno odkryte:

35
Wóz Dawida i Lira, Pies, Wenus i Waga.
I nagle zgasły wszystkie. I księżyc też zagasł.

36
I meluzyna zgasła. Mrok drgnął niewyraźnie.
A wtedy Niobe twarz poczęła jaśnieć,

37
naprzód biało, potem srebrnie i niebiesko.
I wtedym twarz jej poznał. I krzyknął jak dziecko,

38
kiedy matkę lub wodę zobaczy przez klony …
jakoby piach wiślany i brzeg wytęskniony:

39
Niobe! Niobe! Latarko przez pagórki ciemne!
Niobe! Donie! Wisło! I Morze Śródziemne!

40
Jak żeglarz, w archipelag gdy wpłynie zawiły
i wiatr światło mu zgasi, i już nie ma siły,

41
a tu burza się sroży i skał różnych tyle,
z jednej strony Syreny, z drugiej strony Scylle,

42
i ostatni blask zamrze na archipelagu,
i ostatnie piosenka po ostatnim ptaku,

43
ciemne wały o burtę nie przestają walić
i światła nawet sercem nie można zapalić

44
noc dłuży się, strach rośnie i cel z oczu znika,
wokół ciemności kręte i ratunku znikąd,

45
a nagle gwiazda wzejdzie na niebios równinie
i żeglarz krzyknie: „Gwiazdo!”, i w gwiazdę popłynie

46
znowu wesół i pełen wesołej odwagi,
bo gwiazda łódź prowadzi przez archipelagi —

47
tak świeciła twarz Niobe. Jak ziemia ogromna.
Brzask już łamał się. Nucił. Promień strzelał w okna.

48
Kustosz rano zastał mnie jak nad matki grobem
z twarzą w dłoniach nad tym marmurem Niobe. Niobe!

***

co się łzą oświeciło,
to słońcem wschodzi.
Co się w ziemię wrzuciło,
to się urodzi;

co się w wiatr rozmotało,
to się zmota.
Za pagórkiem
cicha woda.




wtorek, 21 października 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński - Moczmy nogi

Karol Hiller, okładka do Gabinetu nr 13 Edgara Wallace'a, r.?

Kiedy czytasz E. Wallace'a
o sekretach w Scotland Yard,
o tych duchach, safesach,
trupach w chlebie, szmuglu kart,
gdy napotkasz opis przykry -
włosy dęba, ciurkiem pot,
bo wciąż nie wiesz, kto to wykrył,
że ten kot to nie jest kot -

wtedy... nogi. Wymocz nogi.
Chlup, chlup, chlup - i nie ma trwogi.
Kiedy rozpacz cię ogarnie
przy obiedzie z pięciu łez,
kiedy włazisz na latarnię,
myśląc, że tam lepiej jest,
gdy nie możesz siedzieć w kinie
przy dziewczynie w wianku z róż,
wtedy weź w szarej godzinie
choć tę słodycz sobie stwórz:

wymocz nogi, własne nogi,
mój ubogi bracie drogi.
Gdy przypadkiem na wojence
utną tobie nogi dwie,
wtedy możesz moczyć ręce -
czemu nie? dlaczego nie?
Ja rozumiem, że to mało:
same ręce, chères mesdames.
Mnie to też zdenerwowało,
lecz na nerwy sposób mam:

Moczmy nogi! Moczmy nogi!
Polsko moja, moczmy nogi!

piątek, 10 października 2014

Władysław Broniewski - Przypływ

            
James McNeill Whistler, Nokturn szary i srebrny, 1875

              Mais si Parlez d'amour car tout le rest est crime
                                                                              Aragon
  

W morze spienione, w szumiące morze
gwiazdy spadały i nikły.
Oto ci serce miła otworzę - 
to przypływ, miła, to przypływ!

Nocy tej księżyc poszedł na przełaj
przez srebrne wody Śródziemnne,
fala do brzegu szła i ginęła,
jak giną słowa daremne,

fala ginęła, fala wracała,
jak miłość, której nie trzeba,
i obojętna gwiazda spadała
z obojętnego nieba. 

Miłość konała, jak na gruźlicę,
konają piękni i młodzi,
i w konającej patrzałem lice
z rozpaczą, że już odchodzi. 

Mówiłem sercu: "Milcz o miłości,
serce uparte i dumne" - 
a miłość rosła we mnie jak kościół,
dokąd wniesiono już trumnę. 

Słowa miłości, słowa rozpaczy
zdławiła noc głuchoniema.
Kochać - to znaczy dotknąć, zobaczyć,
a ciebie nie ma... nie ma...

Nocy tej przypływ bił o wybrzeże
zagniewanymi falami.
Byliśmy prości, byliśmy szczerzy,
byliśmy smutni, byliśmy sami. 

I słów nie było. I nie pojęta
tkliwość złączyła nam dłonie...
Ja nie pamiętam, nie chcę pamiętać, 
że miłość była w agonii!

Ach! ona świeci blaskiem wspaniałym
w gwiazd spadających hymnie!
Gwiazdy - to mało, morze - to mało,
jeżeli miłość jest przy mnie,

bo wtedy mogę ująć w ramiona
świat od miłości mej szerszy
falą zebraną, falą szaloną
nie napisanych wierszy...  

Miła, ja płaczę... Gwiezdny alkohol
ma posmak cierpki i przykry.
Fala powraca szemrząc ci: "Kocham".
To przypływ, miła, to przypływ.

Władysław Broniewski - Kalambury

Zbigniew Karpiński, Tadeusz Zieliński, biurowiec Metalexportu 1950-56, w czasie, kiedy rudził jeszcze Piękną.


Pękło serce upału
za Wolą i za Ochotą
rudą krwią obryzgało
Miedzianą, Żelazną i Złotą

Zapatrzony i niewidomy
we krwi, we krwi odnalazłem
obłoki, dymy i domy -
złote, miedziane, żelazne,

w czarnym wieczornym dymie
ulic kamienny krwotok
i obłoki ciężkie, olbrzymie
przeraźliwe krwawą martwotą!

"Nie ma ochoty i woli -
myślałem - serce pękło..."
I powoli szedłem, powoli
rudym wieczorem, Piękną...