niedziela, 17 lipca 2016

Michał Kaczyński - Na twoje 17 urodziny

życzę ci, żebyś dokładnie pamiętał
o co ci wtedy chodziło
chociaż może nie było tego warte

i jak pachniała plaża w jachrance nad ranem
droga do warszawy następnego dnia
jej lędźwie, żebra, piersi
i wszystko na nie pozwalała
co już nigdy nie będzie tak piękne

Balthus, Alice, 1933

czwartek, 16 czerwca 2016

Xawery Stańczyk - Płaczę swoją pieśń nad garnkami

Agata Bogacka, Zostać tu (1), 2006, akryl na płótnie, 180 x 160 cm

Jakimi kredkami namalujesz swą tęczę?
Jaki kolor nadasz swojemu niebu?
W którą stronę będzie biegła twoja droga?
Z jakiego dachu będziesz patrzeć w gwiazdy?
Który pożar ugasisz, który – wziniecisz?
Przed kim otworzysz swoje pudełko na sekrety?

Choć potrafięjeszcze stawiać pytania
coraz trudniej dawać mi odpowiedzi
wykraczające poza kilka bezpiecznych banałów,
stale puchnącą listę spraw do załatwienia,
agendę spotkania, opis szczegółowy projektu.
Już wiem, że moja tęcza pójdzie opłotkami,
a zamiast w gwiazdy, muszę patrzeć pod nogi.
Zamiast pisać wiersze trzeba pisać petycje,
zamiast śpiewać piosenki – zmusić do zaśpiewania
i wsadzić go do pudła, a ujawnić sekrety.

W potrzasku mieszkań wciąż dochodzi do zdarzeń,
które nie są incydentem, przypadkową sprzeczką.
Zbyt wiele znam dziewczyn, które miały odwagę
zaufać, pokochać, odsłonić się,
a dostawały w zamian kubeł pomyj,
brak języka i miejsca, by o tym powiedzieć.
Więc wydzwaniam, jadę, szperam w internecie,
co mogę, by drążyć skałę niemożności,
opokę porządku w skali tego społeczeństwa.
Wieczorem myję ziemniaki i stawiam na ogniu,
płaczę swoją pieśń nad garnkami.

piątek, 10 czerwca 2016

Konstanty Ildefons Gałczyński - Jeśli katedra...

Robert Delaunay, Iglica katedry Notre Dame

Jeśli katedra Notre-Dame mnie oszałamia,
gdy ją oglądam w nocy,
to stokroć bardziej drżę, gdy mam zamiar
kobiet wyśpiewać oczy.

Porty naszych pragnień rozlicznych,
miliony sukien, które szeleszczą -
umęczeni w wędrówkach ulicznych
zawsze do was wracamy w porze deszczu.

Drzewa bogate w szum albo łąka,
lub pastwisko spragnionym koniom -
jakże miło w was się zabłąkać,
słuchać, jak wasze kolczyki dzwonią.

Na waszą wieczystą chwałę
niech ten wiersz jak kandelabr świeci.
Śpiewam wasze uda ociężałe,
i zęby, i zausznice z miedzi.

1948

środa, 8 lipca 2015

Konstanty Ildefons Gałczyński - Na dziwny a niespodziewany odjazd poety Konstantego

Aleksander Orłowski, chłopiec, 1811
elegia

Żandarmom Republiki



Więc odjeżdżasz, oszuście, słodki szarlatanie,
któryś kochał alkohol, cygara i czaple.
któryś był taumaturga, bufon i hochsztapler,
odjeżdżasz, a więc jedźże na karku złamanie!

Ach, znamy, dobrze znamy twoje promenady
od "Kresów" do "Ziemiańskiej", z "Ziemiańskiej" do "Kresów"
dżdżyste raidy autami z córkami mechesow,
noce w mrocznych winiarniach, komersze i szpady.

Faktycznie, pamiętamy "noce infernalne"
i "Poemat o piekle", i liścik Lechonia,
twoje usta za duże, spalone przez koniak
i przez miłości słotne, a fenomenalne.

O, poeto najsłodszy, hodujący kwiatki,
robiący tricki lepsze niż święty Franciszek,
pustkę serca wyleczył ci pełny kieliszek
i krawat, w którym lśniła duża łza twej matki.

A kiedy przychodziły noce niepogody,
po Nalewkach się błąkał twój kabriolet stary,
noc zmieniała się w strofy, a strofy w dolary...
hélas! strofy są zawsze, honoraria - w środy.

I takeś, o Konstanty, gwizdał po Warszawie,
jak jakiś wzniosły Rilke albo zdoła Irzek;
prawie co noc w "Empirze" grywałeś na lirze,
rachunki dobrzy ludzie płacili łaskawie.

Ale wszystko się kończy i odjeżdżasz oto,
łzy Eleonory zmieszały się z deszczem,
odjeżdżasz... never, never! Zostań chwilę jeszcze,
lubiła cię hołota, więc zostań z hołotą.

O pociągu jesienny. Jadący w szarugę,
o, koła, roztrzęsione strachem i malarią!
Kochałem cię naprawdę, Stanisławie Mario,
a ty szaleństwa moje i moją papugę.

niedziela, 21 czerwca 2015

Stanisław Grochowiak - Płonąca żyrafa

Rembrandt van Rijn, tusza wołu, 1653



Tak 
To jest coś
Biedna konstrukcja człowieczego lęku
Żyrafa kopcąca się pomaleńku
Tak
To jest coś

Coś z tamtej ściany z aspiryny i potu
Ta mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotu
Tak
To jest coś

Czemu próchniejecie od brody do skroni
Jaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoni
Tak 
To jest coś

Coś co nas czeka
Użyteczne i groźne
Jak noga 
Jak serce
Jak brzuch i pogrzebacz

Ciemna mogiła człowieczego nieba
Tak 
To jest coś

O wiersz ja ten piszę
Sobie a osłom
Dwom zreumatyzowanym
Jednemu z bólem zęba
Oni go pojmą
Tak 
To jest coś


Bo życie 
Znaczy: 

Kupować mięso Ćwiartować mięso
Zabijać mięso Uwielbiać mięso
Zapładniać mięso Przeklinać mięso
Nauczać mięso i grzebać mięso

I robić z mięsa I myśleć z mięsem
I w imię mięsa Na przekór mięsu
Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa
Szczególnie szczególnie w obronie mięsa

A ONO SIĘ PALI

Nie trwa
Nie stygnie
Nie przetrwa i w soli
Opada
I gnije
Odpada
I boli

Tak 
To jest coś


Chaim Soutine, tusza wołu

piątek, 1 maja 2015

Władysław Broniewski - Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego

Feliks Szczęsny Kowarski, Proletariatczycy,


Jeżeli nie lękasz się pieśni
stłumionej, złowrogiej i głuchej,
gdy serce masz mężne i jeśli
pieśń kochasz swobodną- posłuchaj.

Szeroka, szeroka jest ziemia,
gdy myślą ograrnąć ją lotną,
szeroko po ziemi więzienia,
głęboka w więzieniu samotność.

Już dziąsła przeżarte szkorbutem,
jużnogi spuchnięte i martwe,
już koniec, juz płuca wyplute-
lecz palą się oczy otwarte.

Poranek marcowy. Jak cicho.
Jak dziwna się jasność otwiera.
I tylko tak ciężko oddychać,
i tylko tak trudno umierać.

Posępny jak mur Schlusselburga,
głęboki jak dno owej ciszy,
zza krat, z więziennego podwórka
dobiega go śpiew towarzyszy.

I słucha Waryński, lecz nie wie,
że cienie się w celi zbierają,
powtarza, jak niegdyś w Genewie:
-Kochani... ja muszę do kraju...

Do Łodzi, Zagłębia, Warszawy
powrócę zawzięty,uparty...
ja muszę... do kraju, do sprawy,
do mas, do roboty, do partii...

ja muszę... - I śpiew się urywa,
I myśli urywa się pasmo.
Ta twarz już woskowa, nieżywa,
lecz oczy otwarte nie gasną.

Gdzieś w górze, krzykliwy i czarny,
rój ptactwa rozsypał się w szereg,
jak czcionki w podziemnej drukarni,
gdy nocą składali we czterech...

Fabryka Lilpopa... róg Złotej...
Żurawia... adresy się mylą...
robota... tak, wiele roboty...
i jeszcze - dziesiąty pawilon...

Ach, płuca wyplute nie bolą,
śmierć w szparę judasza zaziera,
z ogromną tęsknotą i wolą
tak trudno lat siedem umierać.

Wypalą się oczy do końca,
a kiedy zabraknie płomienia,
niech myśl, ta pochodnia płonąca,
podpali kamienie więzienia!

Raz jeszcze się dźwignął na boku:
-Ja muszę... tam na mnie czekają... -
i upadł w ostatnim krwotoku,
i skonał. I wrócił do kraju.

Andrzej Heidrich, sto złotych

wtorek, 20 stycznia 2015

niedziela, 11 stycznia 2015

Nowe wiersze sławnych poetów - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Rok

Bardzo ładnie wyglądasz na zdjęciu
i fryzurę masz inną, niż znałam.
Wszystko sprawdzam, rok po twoim odejściu.
Nie powinnam tu wchodzić. Wiem sama.


Nie powinnam, lecz ta łatwość pociąga,
że raz kliknę i znowu cię widzę.
Minął rok i na twój profil zaglądam
już nie częściej niż raz na tydzień.

sobota, 10 stycznia 2015

Zuzaznna Ginczanka - [Non omnis moriar...]

Bronisław Wojciech Linke, z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi


Non omnis moriar – moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo pocóż by obcym.
Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze -
Niech piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać drogocennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.


środa, 7 stycznia 2015

Michał Sufin - Nic się nie dzieje

Zbigniew Rogalski, closer (dziewczyna), 2006, ol. płót, 180 x 120 cm



śpij już kochanie
to tylko deszcz
ja popilnuję jeszcze
nie będę spać szedł
tak przytul się
słyszysz jak leje? śmieszne

nic się nie dzieje
to za oknem
posłuchaj w szybę
biją krople

nie wstawaj skarbie
ja się snuję
w miłości naszej ścianach
w planach się bujam
tam wiatr hula
posiedzę tu do rana

już mi się ze snów
nie wynurzaj
bo przecież to jest
tylko burza

ja przyszłej ciszy
nasłuchuje
zawiń się w prześcieradło
to tylko niebo
w okno pluje
nie wstawaj, nic nie spadło

śpij już to deszcz
nic się nie dzieje
kocham cię wiesz
za oknem leje

wtorek, 30 grudnia 2014

Stanisław Barańczak - Wrzesień 1967

Eustachy Kossakowski, bez tytułu, 1958


I jakim prawem mieliśmy w sobie aż tyle
nieprzezorności, aby w bezsennym przedziale
spędzić noc, wysiąść, drżąc z zimna, i znaleźć
między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek
śliski od mżawki, pusty po sezonie camping -
garść słupów do siatkówki i sklejkowych ruder,
zza których grzmiało morze; aby w przesiąkniętym
domku z dykty nie zwlekać już ani przez chwilę
dłużej i paść w ubraniach na nagi materac
i, niezdarnie zdzierając je z siebie, docierać
do nas, odnalezionych Bóg wie jakim cudem

i jakim trafem; aby wtedy nic nie poczuć,
chichotać z układanych wspólnie – senną głową
przy ciepłej piersi – głupstw: „Morze miarowo
szumi, Bo niemiarowo nie umi”, pod wieczór
czuć nadal w ciele słony, dziki, jednostajny
rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem
zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami,
i ten rytm naśladować w śpieszniejszym narzeczu
dwojga ciał; aby wargi, błądzące powoli
plażą skóry, trafiały na kryształki soli
z morza? z potu? nie wiedząc jeszcze, jakim wiatrem

i jakim trwaniem będą zdmuchnięte, spłukane;
aby języki dwa bez skutku, ale czule
chciały się spleść, przytrzymać nawzajem, nie ulec
sygnałowi z latarni morskiej, gdy nad ranem
buczał przez mgłę, na znak, że wszystko ma swój brzeg,
i gdy do wnętrza domku przez koślawą ramę
okna sączył się z anten, kominów i drzew
świt ze swoim natrętnie milczącym pytaniem,
jakim właściwie cudem, jakim trafem, jakim
prawem wszystko ma odtąd pozostać tym samym
morzem, tym samym snem, tym samym słonym smakiem

sobota, 8 listopada 2014

Adam Mickiewicz - Do M...

Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca!... i serce posłucha,
Precz z mej pamięci!... nie tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha.

Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,
Tym szerzej koło żałobne roztoczy, -
Tak moja postać, im dalej ucieka,
Tym grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdym miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Czy zadumana w samotnej komorze
Do arfy zbliżysz nieumyślną rękę,
Przypomnisz sobie: właśnie o tej porze
Śpiewałam jemu tę samę piosenkę.

Czy grają w szachy, gdy pierwszymi ściegi
Śmiertelna złowi króla twego matnia,
Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,
Gdy się skończyła nasza gra ostatnia.

Czy to na balu w chwilach odpoczynku
Siędziesz, nim muzyk tańce zapowiedział,
Obaczysz próżne miejsce przy kominku,
Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiem
Stargane ujrzysz kochanków nadzieje,
Złożywszy książkę z westchnieniem głębokiem,
Pomyślisz sobie: ach! to nasze dzieje...

A jeśli autor po zawiłej probie
Parę miłośną na ostatek złączył,
Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:
Czemu nasz romans tak się nie zakończył?...

Wtem błyskawica nocna zamigoce:
Sucha w ogrodzie zaszeleszczy grusza
I puszczyk z jękiem w okno załopoce...
Pomyślisz sobie, że to moja dusza.

Tak w każdym miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

środa, 5 listopada 2014

Marcin Świetlicki - Casablanca

Katarzyna Górna, [z cyklu:] Happy birthday, 2004


Niekochany nie zdradza
Niekochany chodzi
dzwoniąc w kieszeni
niepotrzebnym kluczem.

Z bramy wychyla się staruszek
niepokojąco podobny do Bogarta.
Celuję prosto w twoje serce synu!”
Przecież wiesz, że to najmniej czuły we mnie punkt.”

W sąsiedniej bramie znaleziono
siedemdziesięcioletnią Merlin Monroe.
Potrafiła wykrztusić jedynie:
PU PU PI DU.

Jaka jest pańska narodowość?”
Jestem pijakiem.
Jestem nieślubnym dzieckiem
Bogarta i Merlin Monroe.
To ja
zabiłem Laurę Palmer.”
To wszystko na ten temat.


1992

Marcin Świetlicki - *** [Dlaczego twój niepokój...]

Grupa Twożywo, Jeder Mensch ist ein Pollen..., szablon, papier, 70 x 50 cm, 2005


Dlaczego twój niepokój tak obraca się
wokół wyrazów: więzienie, powstanie,
zachód, wschód, wolność, wyżywienie,
dostęp do tego-tamtego, więźniowie
polityczni?
To są małe wyrazy, to są wyrazy najmniejsze,
dlaczego właśnie o nie zawadza twój język?
Czy nie wiesz, że tym wszystkim rządzi szczupła dziwka,
ta którą kochasz, a raczej masz na nią ochotę,
która wybiera sobie tego, którego akurat
ty nienawidzisz, który się znęca nad nią i wbija w nią gwoździe,
przez nią siedzisz w więzieniu, przez nią jesteś głodny.

1981



Anna Achmatowa - *** [Porzucił mnie, gdy pełnia była...]

Agata Bogacka, Heart, 2006


Porzucił mnie, gdy pełnia była,
Mój druh kochany. Trudna rada.
Żartował: „Linoskoczko miła,
Jak zdołasz żyć do listopada?”

Odpowiedziałam mu jak bratu,
Bez scen zazdrości, bez maniery,
Lecz powetować mi tej straty
Nie mogą nowe płaszcze cztery.

Jakkolwiek śliski świat zabawy,
Straszniejsza moc tęsknoty wielkiej.
Jak mój parasol chiński krwawy.
Natarte kredą pantofelki!

Wesołość wkoło wywołuje
Orkiestra. Uśmiech krasi usta.
Lecz serce czuje, serce czuje,
Że piąta loża będzie pusta.

1911

tłum. Leonard Podhorski-Okołów

sobota, 1 listopada 2014

Tadeusz Różewicz - Poeta w czasie pisania

Benedykt Jerzy Dorys, Portret Tadeusza Różewicza, [za culture.pl]


Poeta w czasie pisania
to człowiek odwrócony
tyłem do świata
do nieporządku
rzeczywistości

Poeta w czasie pisania
jest bezbronny
łatwo go wtedy zaskoczyć
ośmieszyć przestraszyć

wynurzył się
wyszedł ze świata
zwirzęcego
na wędrownych piaskach
widać ślady jego ptasich
nóżek

z oddali dochodzą jeszcze
głosy słowa
ziarnisty śmiech
kobiet

ale nie wolno mu
spojrzeć
za siebie

wyrzucony na powierzchnię
pusty poniewiera się
po mieszkaniu

zakrywa twarz
na której maluje się
zadumienie
błąka uśmiech

jeszcze nie potrafi
odpowiadać
na najprostsze pytania

słyszał
oddech wieczności
przyśpieszony
nieregularny


listopad 1979

Maria Pawlikowska - Jasnorzewska - Miłość

Mela Muter, Portret Leopolda Staffa, 1903


Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
lecz widać można żyć bez powietrza.
1926



wtorek, 28 października 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński - Niobe (część III)




III
NEBORÓW.
DUŻY KONCERT SKRZYPCOWY



1


Jest lampa na łańcuchach, co dotknięta skrzypi:
kobieta z parą rogów i ogonem rybim,

2

zowią ją meluzyną, czasem bergamaską,
pod stropem nad cieniami jakby płynie płasko

3

i światłami przemawi jak słowami człowiek.
Właśniem pod taką lampą siedział w Nieborowie,

4

w twarz Niobe zapatrzony, Niobe z Nieborowa.
Iskry od meluzyny biegły wśród belkowań

5

i listopad nadchodził w zabłoconych butach
z liściem klonu we włosach,
z resztką słońca w sercu.

6

Już nad bramą wjazdową błysły dwie latarnie.
W mroku skrzypnęły graby. Wiatr, piejąc chóralnie

7

ostatnie siedem liści zerwał i zakręcił,
fronton pałacu trącił i dalej popędził,

8

bęben płasko rzeźbiony stłukwszy w tympanonie,
aż jęk poszedł w tympanon, w herby i chorągwie.

9

A jesień tego roku jak Śródziemne Morze
płynęła. Słońce grało na liniach płaskorzeźb,

10

w muszkietach, w arkabuzach nieciło iskierki,
i w liściach, które pędził wiatr jak fajerwerki


11

dalej, dalej i dalej, wiatr jak ból przwelekły.
A noce były zimne. I ptaki uciekły.

12

Tylko tam, kędy teraz tyle oczu sowich,
a gdzie w czerwcu w jaśminie grał na skrzypcach słowik,

13

został blask, nawet nocą, jakby złotym pyłem
przykurzony wiersz w złocie: Ja, słowik, tu byłem.

14

A w sypialni, co z klucza trudno się odmyka,
nad miejscem, kędy stała szklana harmonika,

15

był arras, na nim wyspa w barwach mokrej mięty,
na wyspie wiatr, co widać było z drzew przegiętych,

16

a jeśli do arrasy zbliżyła się świeca,
widziałeś w ciemnej głebi, jak dzik gonił strzelca,

17

jakoby w ilustracji do pożółkłych stronic
pieśni pana Szekspira „Wenus i Adonis”.

18

Zacząłem w Nieborowie po pokojach brodzić
i od Niobe odchodzić, i znów do niej schodzić,

19

powracać i uciekać przez korytarz przykry.
Meluzyna w twarz Niobe upuszczała iskry,

20

z choinki Beethovena cacka spadające,
które Chopin pozbierał i zamienił w słońce.

21

W arrasie wiatr dął ciągle. To cichł, to się zbliżał,
to biegł przez cały rejestr, do basu się zniżał,

22

lasy dalej odsuwał, szedł przodem w sopranie
(arras zdawał się tańczyć jak pająk na ścianie),


23

a wiatr w tryl strzelca plątał, dzikowi grał w nozdrza,
rdzwą jesień prowadził jak Bacchus swój orszak:

24

satyrów i Szopenów na triumf indyjski —
jak u ministra Goethego „Elegijach rzymskich”,

25

gdzie jest waz greckich opis, jakby grały smyczki,
nisko, wyżej Acheron, świeczki i duszyczki.


SPOTKANIE Z CHOPINEM
Dobry wieczór, monsieur Chopin.
Jak pan tutaj dostał się?
Ja przelotem z gwiazdki tej.
Być na ziemi to mi lżej:

Stary szpinet, stary dwór,
ja mam tutaj coś w cdur
(taką drobnostkę, proszę pana),
w starych nutach stary śpiew,
jesień, leci liście z drzew.

Pan odchodzi? Hm. To żal.
Matko Boska, w taką dal!
Rękawiczki. Merci bien.
Bon soir, monsieur Chopin.


KONCERTU SKRZYPCOWEGO CIĄG DALSZY


26
Księżyc w globusy patrzał w bibliotecznej salce
i po morzu Śródziemnym wodził srebrnym palcem,

27
w Sycylię się wpatrywał, wędrował nad Francją,
a potem wielkim łukiem znów biegł do Bizancjum

28
i monogramy swoje rysował na dzwonach,
w sercach Archangelusa i Eutyfrona,

29
którym kazała śpiewać muza Taliarcha.
Następnie po zegarach, lustrach, w zakamarkach,

30
chmurę z siebie strząsnąwszy przy pomocy wiatru,
okrążając fortepian i brąz kandelabrów,

31
krzywym strumieniem spływał, gdzie sala czerwona,
gdzie na innej tkaninie był ślub Posejdona

32
złotem tkany jak rym do rymu,
a Merkury prezenty przynosił z Olimpu.

33
Wtem gwiazdy podeszły i brząknęly w szyby:
Panna, Wodnik, Lew, Łucznik, Bliźnięta i Ryby,

34
gwiazdy, gwiazdy najdroższe, gwiazdy rozmaite,
te jeszcze nie odkryte i dawno odkryte:

35
Wóz Dawida i Lira, Pies, Wenus i Waga.
I nagle zgasły wszystkie. I księżyc też zagasł.

36
I meluzyna zgasła. Mrok drgnął niewyraźnie.
A wtedy Niobe twarz poczęła jaśnieć,

37
naprzód biało, potem srebrnie i niebiesko.
I wtedym twarz jej poznał. I krzyknął jak dziecko,

38
kiedy matkę lub wodę zobaczy przez klony …
jakoby piach wiślany i brzeg wytęskniony:

39
Niobe! Niobe! Latarko przez pagórki ciemne!
Niobe! Donie! Wisło! I Morze Śródziemne!

40
Jak żeglarz, w archipelag gdy wpłynie zawiły
i wiatr światło mu zgasi, i już nie ma siły,

41
a tu burza się sroży i skał różnych tyle,
z jednej strony Syreny, z drugiej strony Scylle,

42
i ostatni blask zamrze na archipelagu,
i ostatnie piosenka po ostatnim ptaku,

43
ciemne wały o burtę nie przestają walić
i światła nawet sercem nie można zapalić

44
noc dłuży się, strach rośnie i cel z oczu znika,
wokół ciemności kręte i ratunku znikąd,

45
a nagle gwiazda wzejdzie na niebios równinie
i żeglarz krzyknie: „Gwiazdo!”, i w gwiazdę popłynie

46
znowu wesół i pełen wesołej odwagi,
bo gwiazda łódź prowadzi przez archipelagi —

47
tak świeciła twarz Niobe. Jak ziemia ogromna.
Brzask już łamał się. Nucił. Promień strzelał w okna.

48
Kustosz rano zastał mnie jak nad matki grobem
z twarzą w dłoniach nad tym marmurem Niobe. Niobe!

***

co się łzą oświeciło,
to słońcem wschodzi.
Co się w ziemię wrzuciło,
to się urodzi;

co się w wiatr rozmotało,
to się zmota.
Za pagórkiem
cicha woda.




wtorek, 21 października 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński - Moczmy nogi

Karol Hiller, okładka do Gabinetu nr 13 Edgara Wallace'a, r.?

Kiedy czytasz E. Wallace'a
o sekretach w Scotland Yard,
o tych duchach, safesach,
trupach w chlebie, szmuglu kart,
gdy napotkasz opis przykry -
włosy dęba, ciurkiem pot,
bo wciąż nie wiesz, kto to wykrył,
że ten kot to nie jest kot -

wtedy... nogi. Wymocz nogi.
Chlup, chlup, chlup - i nie ma trwogi.
Kiedy rozpacz cię ogarnie
przy obiedzie z pięciu łez,
kiedy włazisz na latarnię,
myśląc, że tam lepiej jest,
gdy nie możesz siedzieć w kinie
przy dziewczynie w wianku z róż,
wtedy weź w szarej godzinie
choć tę słodycz sobie stwórz:

wymocz nogi, własne nogi,
mój ubogi bracie drogi.
Gdy przypadkiem na wojence
utną tobie nogi dwie,
wtedy możesz moczyć ręce -
czemu nie? dlaczego nie?
Ja rozumiem, że to mało:
same ręce, chères mesdames.
Mnie to też zdenerwowało,
lecz na nerwy sposób mam:

Moczmy nogi! Moczmy nogi!
Polsko moja, moczmy nogi!

piątek, 10 października 2014

Władysław Broniewski - Przypływ

            
James McNeill Whistler, Nokturn szary i srebrny, 1875

              Mais si Parlez d'amour car tout le rest est crime
                                                                              Aragon
  

W morze spienione, w szumiące morze
gwiazdy spadały i nikły.
Oto ci serce miła otworzę - 
to przypływ, miła, to przypływ!

Nocy tej księżyc poszedł na przełaj
przez srebrne wody Śródziemnne,
fala do brzegu szła i ginęła,
jak giną słowa daremne,

fala ginęła, fala wracała,
jak miłość, której nie trzeba,
i obojętna gwiazda spadała
z obojętnego nieba. 

Miłość konała, jak na gruźlicę,
konają piękni i młodzi,
i w konającej patrzałem lice
z rozpaczą, że już odchodzi. 

Mówiłem sercu: "Milcz o miłości,
serce uparte i dumne" - 
a miłość rosła we mnie jak kościół,
dokąd wniesiono już trumnę. 

Słowa miłości, słowa rozpaczy
zdławiła noc głuchoniema.
Kochać - to znaczy dotknąć, zobaczyć,
a ciebie nie ma... nie ma...

Nocy tej przypływ bił o wybrzeże
zagniewanymi falami.
Byliśmy prości, byliśmy szczerzy,
byliśmy smutni, byliśmy sami. 

I słów nie było. I nie pojęta
tkliwość złączyła nam dłonie...
Ja nie pamiętam, nie chcę pamiętać, 
że miłość była w agonii!

Ach! ona świeci blaskiem wspaniałym
w gwiazd spadających hymnie!
Gwiazdy - to mało, morze - to mało,
jeżeli miłość jest przy mnie,

bo wtedy mogę ująć w ramiona
świat od miłości mej szerszy
falą zebraną, falą szaloną
nie napisanych wierszy...  

Miła, ja płaczę... Gwiezdny alkohol
ma posmak cierpki i przykry.
Fala powraca szemrząc ci: "Kocham".
To przypływ, miła, to przypływ.