poniedziałek, 20 czerwca 2011

Anatol Stern - Sobota

Edward Dwurnik, Wariatka Tańczy, 1978

teraz zdepczcie psi lęk
rozszarpcie zamiatający ziemię
uśmiechu żebraczego ogon
przed automatem
o twarzy jak bułka
nasmarowana grubo rumieńcem
już nie potrzebujecie zaciskać szczęk
już zmarszczki i bruzdy sękate
zgrają wiernych lokatorów
twarzy waszej suterenę znów zamieszkać mogą
a oto zielony szyld i słodki smród
to nie pisuar
to dom życia
spieszcie
on odjedzie on odjedzie za chwilę
na kółkach
w świat
to strumień co
zaświeci
i zniknie na zakręcie wieńcem
oto banknotów kolorowe latawce
zaciśnięte w przetartej skórze garści
kto zechce
niech się zmarszczy
już nie stoicie tam
to dom to dom życia
to koperta z naklejoną krzywo marką szyldu
ona odejdzie za chwilę w świat
ona odejdzie za chwilę w świat
oto dom
wejdźcie tam
wejdźcie tylko tam
wejdźcie prędzej tam
butelki jak obnażone śmiejące się damy
straszni rzeźbiarze!
dość odwijać z mokrych od potu szmat
ze zmiętych składek ciał spuchniętych żon
okaleczonych noworodków glinę!!
te są szerokobiodre i o łabędzich szyjach
spragnionych pocałunków
ich usta sączą pożar
ich piersi cieką winem
i patrzcie
kieliszków tłuste trzepoczące amorki
unoszą się nad wami
zbliżcie się do skrzącymi ciałami zasłanego łoża lady
fabrykant miłośnie nad wami czuwa
pójdźcież

-- -- jakiż gniew
wygubi
pobije to wysokie zboże męki
jakich buntów gradem!!

na fletach komminów
wygięty
jak maestro
w rozwiewającym się surducie
gra dym

wtorek, 14 czerwca 2011

Julian Tuwim - Zieleń

Leon Tarasewicz

                     Fantazja słowotwórcza

O zieleni można nieskończenie.

Powielając dźwiękiem jej znaczenie,
Można kunsztem udatnych powieleń
Tworzyć swiatu coraz nowszą zieleń.
Nie dość słowo z widzenia znać. Trzeba
Wiedzieć, jaka wydała je gleba,
Jak zalęgło się, jak rosło, pęczniało,
Nie - jak dźwięczy, ale jak dźwięczniało,
Nie - jak brzmi, ale jakim nabrzmieniem 
Dojrzewało, zanim się imieniem,
Czyli nazwą, wyrazem, rozpękło.
W dziejach wzrostu słowa - jego piękno.


Więc nie lepo-ż by nam zieleń ziemi
Opowiedzieć słowiesy staremi!
A poczniemy tę powieść - od spodu,
Od pierwizny, od lęgu, od rodu,
Od rdzennego zrodzenia, od jądra, 
Tam gdzie wnętrze, gdzie nutro, gdzie jątra,
Od głębiny, gdzie szepnął w zawięzi
Pierwszy dźwięczek zielonej gałęzi.

Nie wydziwiaj i nie bierz mi za złe,
Że w podsłowia tego świata wlazłem,
Że się ziaren i źródeł dowiercam,
Że pobożny jestem Słowowierca,
Że po mojej ojczyźnie-polszczyźnie
Z różdżką chodzę, wiedzący, gdzie bryźnie
Strumień prawdy żywiący i żyzny
Z mojej pięknej ojczyzny-polszczyzny.
Jedni wiosną słuchają słowików,
Innym - panny majowa przynęta,
Dla mnie - dźwięczą słowicze dziewczęta
W młodych pąkach liściastych słowników:
Wieczna młodość w kwitnącej starzyźnie,
Z wiosny w wiosnę i młodsza i świeższa!
Oto dom mój: cztery ściany wiersza
W mojej pięknej ojczyźnie-polszczyźnie.

Zjedźmy tedy w dzieciństwo tej mowy,
Jako górnik zjeżdża w szyb węglowy
I latarką rozświetla cmentarze
Leśnych dziejów i drzewnych wydarzeń.
Oto leży hercyńskie cesarstwo,
A niepołomickie na nim warstwą,
Na niepołomickim - białowieska,
Starodrzewna monarchia litewska;
Oto moje inowłodzkie lasy,
Gdy w nich jeszcze Centaur miał popasy,
A nad nimi mateczna, pogańska
Atlantyda jodłowo-słowiańska;
Oto miazga rozgromionej kiei:
Herculanum dębowe, Pompei,
Nieprzebyte uroczyska ciemne,
Tajne jary i puszcze podziemne,
Jarogniewem niebiosów spalone,
Siekierami błyskawic zwalone,
W tysiącwiecznym ubite moździerzu
W węgiel, który z ogniem w przymierzu,
W skamieniały grobowiec przepastny,
Tchnący chłodem zamogilnej astmy,
W diamentowy lodowiec milczenie.

Zjedźmy w głąb i obudźmy kamienie,
Wyczarujmy zielenie. Bo górnik,
Spraw umarłych wskrzesiciel, powtórnik,
Mogił świadom i głosów przedwiecza,
Wie, że leśna rzecz jest jak człowiecza,
Że w jednakich głębokościach giną,
Ponikami płyną, aż wypłyną
I wyjawią prawdę człowiekowi
Źródłosłowin blaskiem i śródsłowin;
I zaszumi rozruszony węgiel
Lasem, polem, miodoborem, łęgiem,
I wyszumi z siebie słońca snopy, 
Mchy piętrowe, brodate potopy,
I płaz wszelki posłuch rozkazu,
I wyślizną się jaszczury z głazu,
Wiatr się wyrwie i ptaki wyskrzydli,
Jeż z jałowcem się równie naigli,
Aż zwierz grubszy wyruszy: korzenie,
Pnie, konary opuszczą więzienie
I otrząsną się po długim znoju, 
Zielem strzelą - i do słowopoju.
Wtedy źródło wzejdzie od korzeni
W trzon pijących gałęzie-jeleni,
I samica przebudzona, Mowa,
Po swych pierwszych płodownikach wdowa,
Na zielone wyjdzie rykowisko!
I zakapie ze słowiska wyskok,
I pociągnie od końców korzeni
Krew-zielica, miód żywiczny ziemi,
I - brzask w lesie, zaiskrzy się wszystko:
Grekowisko, żmudzisko, sanskrzysko,
Po ziemi pójdą echa bliźnie
W mojej pięknej ojczyźnie-polszczyźnie.

Zaziołali na głos bracia braci,
Wszystko krewni i powinowaci,
I zaczęli się wabić, tokować, 
Imionami-echami mianować,
Choć z oddali, to po dziadach z bliska,
Zieleniacy bujnego słowiska,
Z prajednego szczepu, z pra-praiska.
Do nurtowań, gruntowań się wzięli:
Kto się pierwszy w cel zielisty wzieli,
Wydrze ślad najdrzewiejszego ZIELA,
Kto z ziołoci stawów i strumieni
Zielorostek pierwszy wyzieleni,
Kto z zielistków, ziółek i przyziółków
ZIELA zerwie w podsłownym zaułku
I w zieliszczu, w szumnej zielbie świata,
Antenata znajdzie, Zielonata.


Przyłączyły się do nich jaszczurki, 
Że tej samej są zieleszczyzny córki,
Że też zielskie -  i że przecież one,
Jak te inne zielki, są zielone!
Lecz zielacy trawowici, iści,
Zaszumieli - i większością liści
Wiec uchwalił, że im praw nie przyzna,
"Precz" szeleszcząc i "Ziel i zielszczyzna!"
Zapłakały jaszczurki skulone,
Powtarzając: przecież my zielone...
Zapłakały jak płaczki na tryźnie,
W swojej pięknej ojczyźnie-zielszczyźnie. 
Przeszukali milion zieloności, 
Nie znaleźli ziela Zieloności,
Bo on, kłączek zieleniście mokry,
Trwał nie w trawie i nie mchem się pokrył,
I nie w liściach, nie w lesie, nie w grządce,
Lecz w zielątce - w zielonawej łątce,
Co w tym wierszu od początku fruwa,
Śród słów krąży, łączy je, rozsnuwa, 
Siada na nich, na wylot przeziela,
Dźwięki spaja, przeszczepia, rozdziela
I odleci - i znowu przyfruwa.


Tak nad pracą ziołowieda czuwa
Nakrapiana słońcem łątka trawna...
Nie od dzisiaj. Z pradawien pradawna:
Gdy się jeszcze zioło nie zieliło
Ani zieła na ziemli nie było,
Ani zołte ze żełtem przemiennie
Wspólnym gełtas nie pluskało w Niemnie
(A i dziś - wyjdź za Wilno, na pole,
Na tym polu nie trawa, lecz żole,
Nie zieleni się, żelti murawa,
A żolynas: zlotawa otawa),
Jeszcze w Renie nie bulgnęło gulthem
I nie było ni złotem, ni żółtem,
Ani w skarbcach łotewskich zeltesem
(Znaczy: złotem - a słychać go zielcem!), 
Jeszcze krętej wikliny zawijas
Nie rozprężył się Prusom w żalias,
Jeszcze Żmudzin, zanim słowo znalazł,
Rdzy wiewiórczej nie nazywał żalas,
Jeszcze zołki-bylice, przed załkiem,
Słowiańszczyźnie żółciły się złatem,
Jeszcze ZEL kroplą "i" się nie zrosił,
Jeszcze żółcień o złocistość po prosił,
Jeszcze żołna (zielony dzieciąłek
Chloropicus, pożółtek, od-ziołek)
Żlutą żluną nad Wełtawą była,
Jeszcze Chloe się nie zieleniła
Ani trawy zielonawy porost
Nie podszepnął Greczynowi: chloros - 
A już łątki-polotki złocone
Ze słowami grywały w zielone,
I przez myśli domyślne, przedśpiewne,
Już ziołoród przeświecał niepewnie.


Tak to było i tak się ziściło,
Taką pieśnią się dozieleniło.
I zielono, zielono w ojczyźnie,
W mojej pięknej ojczyźnie-polszczyźnie!


 

środa, 8 czerwca 2011

Konstanty Ildefons Gałczyński - Rok polski. [fragment] Czerwiec, czyli Junius

Paweł Althamer, Jacek Adamas, Dwaj ludzie z szafą, Sopot 2008


Zwykle po majowej przerwie
następuje miesiąc Czerwiec,

miesiąc miły dla Polaka,
bo słońce wchodzi w znak Raka;

bo w Czerwcu Polak wesoły
i upały ma, i pszczoły,

pszczoły jak muzyka płyną,
upał rozmarza jak wino.

Witaj mi, lenistwo lata!
Człowiek ze słońcem się brata

i z ptaszkami, i z dąbrową,
i z obłokami nad głową;

gdzie spojrzy, sukces i gratka,
wszystko mu idzie jak z płatka,

prześciga Lisa-Przecherę,
czuje się drugim Hitlerem.

W Czerwcu wszystko z Europy
zaczyna swoje urlopy;

Polak, choćby miał najmarniej,
podróżuje do Jastarni,

a jeśli bardziej bogaty,
pędzi autem do Juraty.

W Juracie same rozkosze:
brydż, szampana pełne kosze,

kwiaty, filmowe gwiazdeczki
i wyborne piwo z beczki;

hotele o nazwach hucznych
zapraszają Cię do uczty ...

Siadasz, zamawiasz pół czarnej,
a kelner zły, że nie sarnę;

jednak niosą: jeden cukier,
drugi łyżkę z wielkim hukiem,

trzeci kawę, czwarty wodę,
piąty tacę, szósty spodek...

- Pół czarnej!!! - wołasz z przejęciem.
-Tak! tak! tak! - I zwą cię księciem.

Kiedy przyjdzie do rachunku,
we łbie masz szum jak od trunku:

Za pół czarnej, chłopcze złoty,
płacisz ... osiemnaście złotych -

i smutny idziesz na molo,
by odetchnąć morską solą,

by patrzeć w fale szumiące,
co płyną jak twe pieniądze.

1938

środa, 1 czerwca 2011

Julian Tuwim - Idzie Grześ


Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem.
"Piasku mniej -
Nosić lżej!"
Cieszy się głuptasek.
Do dom wrócił,
Worek zrzucił,
Ale gdzie ten piasek?
Wraca Grześ
Przez wieś,
Zbiera piasku ziarnka.
Pomaluśku,
Powoluśku,
Zebrała się miarka.
Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem...
itd.
HA-GA, Idzie Grześ, z książki Julian Tuwim, Cuda i dziwy, wyd. Nasza Księgarnia

Julian Tuwim - Dżońcio

Mój piesek Dżońcio – oto go macie –
To mój największy w świecie przyjaciel.

Codziennie w kącie kanapy siadam
I z moim Dżońciem gadam i gadam.

Gadam i gadam, a Dżońcio milczy,
Lecz mnie rozumie piesek najmilszy.

Dziś mówię: „Dżońciu! Pomówmy o tem,
Żebyś od jutra był naszym kotem

Będziesz pił mleko i łapał myszy...”
Dżońcio udaje, że mnie nie słyszy.

„Albo zrobimy z ciebie niedźwiedzia
I będziesz w klatce żelaznej siedział!

Nie będzie szynki, schabu tłustego...”
Dżońcio udaje głuchoniemego.

„Albo zostaniesz... koniem, powiedzmy...
Chcesz owsa?...” (Dżońcio jest nieobecny).

Jeśli nic nie chcesz, to wiesz, co zrobię?
Sklep z kiełbaskami otworzę sobie.

(Dżońcio już uszy nastawił sztorcem,
Słucha)... a z ciebie zrobię dozorcę,

Żeby nie skradli kiełbas złodzieje!”
Dżońcio się łasi, Dżońcio się śmieje! 

czy ktoś mi sprawi Dżońcię, na Dzień Dziecka? Proszę!!!

Julian Tuwim - O panu Tralalińskim

O panu Tralalińskim, il. Katarzyna Bogucka, wyd. WYtwórnia, polecam!!


W Śpiewowicach, pięknym mieście,
Na ulicy Wesolińskiej
Mieszka sobie słynny śpiewak,
Pan Tralisław Tralaliński


Jego żona - Tralalona,
Jego córka - Tralalurka,
Jego synek - Tralalinek,
Jego piesek - Tralalesek.
Na a kotek? Jest i kotek,
Kotek zwie się Tralalotek,
Oprócz tego jest papużka,
Bardzo śmieszna Tralalużka.

Co dzień rano, po śniadaniu,
Zbiera się to zacne grono,
By powtórzyć na cześć mistrza
Jego piosnkę ulubioną.

Gdy podniesie pan Tralisław
Swą pałeczkę - tralaleczkę,
Wszyscy milkną, a po chwili
Śpiewa cały chór pioseneczkę:

"Trala trala tralalala
Tralalala trala trala!"
Tak to pana Tralisława
Jego świetny chór wychwala.

Wyśpiewują, tralalują,
A sam mistrz batutę ujął
I sam w śpiewie się rozpala:
"Trala trala tralalala!"

I już z kuchni i z garażu
Słychać pieśń o gospodarzu,
Już śpiewają domownicy
I przechodnie na ulicy:
Jego szofer- Tralalofer
I kucharka - Tralalarka,
Pokojówka - Tralalówka
I gazeciarz - Tralaleciarz,
I sklepikarz - Tralalikarz,
I policjant - Tralalicjant,
I adwokat - Tralalokat,
I pan doktor - Tralaloktor,
Nawet mała myszka,
Szara Tralaliszka,
Choć się boi kotka,
Kotka Tralalotka,
Siadła sobie w kątku,
W ciemnym tralalątku
I też piszczy cichuteńko:
"Trala - trala - tralaleńko..."

poniedziałek, 30 maja 2011

Maria Konopnicka - Szekinah

Samuel Hirszenberg, Czarny Sztandar, 1907

"Przymierze z tobą - Pan mówi - uczynię
Na wieków wieki.
W bezbrzeżną ciebie wywiodę pustynię,
Bez cienia palmy i  bez chłodu rzeki.
Aż gdy duch zgaśnie, a czas twój przeminie,
Cel tobie we mgłach ukażę daleki,
Iżbyś ku niemu szedł i siał swe kości
Na wielkich, pustych drogach, bez przyszłości.

Jako mórz piaski rozrodzę tak ciebie
W nędzy bez końca
I tak rozmnożę jak gwiazdy na niebie
Ja, pan twych ojców i rodu obrońca!
A potem jako mrowisko rozgrzebię
Na cztery wichry i na strony słońca
I z pokolenia twojego wyniańczę
Obmierzłą ludziom i wiekom szarańczę.

I dam ci prawo, które sprawiedliwy
Siedemkroć łamie.
A łuku mojego nie spuszczę cięciwy,
Ani się w pomście zatrzyma me ramię,
Aż wyjdzie z ciebie dech i płomień żywy.
I każdej myśli przewiny dam znamię,
Aż skamienieją źrenice twe senne,
Wpatrzone w wielkie tablice kamienne.
...........................................................

Przymierze z tobą - Pan mówi - uczynię
Na wieków wieki.
Rozwalę tron twój, rozburzę świątynię,
Pluć na cię będą Rzymianie i Greki,
Ziemia ci kłosa płodnego nie zwinie,
Pszczoła do twojej nie wleci pasieki,
Nie będzie ptasząt ni kwiecia twej wiośnie
I tylko pieniądz do rąk ci przyrośnie.

Lud ty mój będziesz wśród innych wybrany,
Wyjęty z prawa.
Dom twój - za murem, na śmieciach kurhany,
U progów będzie sądowych twa ława.
Innym da blaski swe Ukrzyżowany,
Na ciebie z krzyża ciemność padnie krwawa;
Świat ci się w getto zmieni olbrzymie,
Ty znienawidzon w miłości wszechimię!

Proroków tobie dam, co w prochu siędą,
Worem nakryci,
I prorokować zagładę ci będą,
Klęski pokuty i łez twych niesyci,
Aż z piersi twoich jęk taki dobędą,
Co ziemię wstrząśnie i ludy zachwyci,
I wezmą ludy jęk twój, i na lirze
Swojej rozepną, i zaklną go w spiże.

Nadzieję twoją ma ziemi ośmieszę,
Wieczny tułaczu!
Mglistego wodza wypuszczę przed rzeszę,
By biegły za nim wśród krzyku i płaczu,
Chustę ci śmierci na grzbiecie zawieszę,
Mór z ciebie wezmę w potrójnym haraczu,
Na raba z ciebie naznaczę z powicia
I żądzę życia dam, a nie dam - życia.
.......................................................

Przymierze z tobą - Pan mówi - uczynię
Na wieków wieki.
Na Haceldamy posadzę cię glinie,
Światło ci czasu wyłupię z powieki,
Rdzę krwi zostawię w twych chlebów rozczynie,
Jak liszkę puszczę w narodów zasieki,
Zamiast ojczyzny i ziemi dam - księgę."
............................................................
Rzekł Pan i swoją uiszcza przysięgę.

Bronisław Wojciech Linke, El Mole-Rachmim, cykl Kamienie Krzyczą, 1946

środa, 25 maja 2011

Agnieszka Osiecka - Małgośka




To był maj,
Pachniała Saska Kępa
Szalonym, zielonym bzem!
To był maj,
Gotowa była ta sukienka
I noc się stawała dniem.
Już zapisani byliśmy w urzędzie,
Białe koszule na sznurze schły...
Nie wiedziałam, co ze mną będzie,
Gdy tamtą dziewczynę pod rękę ujrzałam z nim!
Małgośka, mówią mi,
On nie wart jednej łzy,
On nie jest wart jednej łzy! (Oj, głupia!)
Małgośka, wróżą z kart,
On nie jest grosza wart,
A weź go czart, weź go czart!
Małgośka, tańcz i pij,
A z niego sobie kpij,
A z niego kpij sobie, kpij! (Oj, głupia!)
Jak wróci powiedz "nie",
Niech zginie gdzieś na dnie,
Oj, głupia ty, głupia ty!
Jesień już, już palą chwasty w sadach
I pachnie zielony dym,
Jesień już, gdy zajrzę do sąsiada,
Pytaj mnie, czy jestem z kim?
Widziałam biały ślub,
Idą święta,
Nie słyszałam z daleka słów,
Może rosną im już pisklęta,
A suknia tej młodej uszyta jest z moich snów!
Małgośka, mówią mi,
On nie wart jednej łzy,
On nie jest wart jednej łzy! (Oj, głupia!)
Małgośka, wróżą z kart,
On nie jest grosza wart,
A weź go czart, weź go czart!
Małgośka, tańcz i pij,
A z niego sobie kpij,
A z niego kpij sobie, kpij! (Oj, głupia!)
Jak wróci powiedz "nie",
Niech zginie gdzieś na dnie,
Oj, głupia ty, głupia ty!

Miron Białoszewski - Karuzela z madonnami

 
 
 
Wsiadajcie, madonny
         madonny
Do bryk sześciokonnych
         ...ściokonnych!
Konie wiszą kopytami
         nad ziemią.
One w brykach na postoju
         już drzemią.
Każda bryka malowana
         w trzy ogniste farbki
I trzy są końskie maści:
         od sufitu
         od dębu
         od marchwi.
Drgnęły madonny
I orszak konny
Ruszył z kopyta.
Lata dokoła
Gramofonowa
Płyta,
Taka
         płyta:
   
Migają w krąg anglezy grzyw
I lambrekiny siodeł,
I gorejące wzory bryk
Kwiecisto-laurkowe.
A w każdej bryce vis à vis
Madonna i madonna
W nieodmienionej pozie tkwi
Od dziecka odchylona
— białe konie
— bryka
— czarne konie
— bryka
— rude konie
— bryka
Magnifikat!

A one w Leonardach min,
W obrotach Rafaela,
W okrągłych ogniach, w klatkach z lin,
W przedmieściach i niedzielach.
I w każdej bryce vis à vis
Madonna i madonna.
I nie wiadomo, która śpi,
A która jest natchniona
— szóstka koni
— one
— szóstka koni
— one
— szóstka koni
— one
Zakręcone!

I coraz wolniej karuzela
Puszcza refren
I preryfe
         rafa
            elickie
         madonny
              przed
         mieścia
wymieniają   
         konne piętro
— — — — — — — —
Wsiadajcie
         w sześcio...!
 
Georges Lemmen, Karuzela, 1891
 

Tadeusz Boy Żeleński - O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce


                                       J. E. Prof. Dr Hr. St. Tarnowskiemu poświęcam
I

Pełna gracji, zacna, słodka,
Żyła sobie stara ciotka.
Bez zbytków, lecz i bez braku
Miała swój domek na Szlaku.
Oprócz cnót rozlicznych wieńca
Hodowała też siostrzeńca.
Brzydki chłopiec, z krzywą buzią,
Zwał się - dajmy na to - Józio.
Ciotka była panną czystą,
A Józio był modernistą.
(Modernista - znaczy chłopak,
Co wszystko robi na opak;
Każdego się głupstwa czepi,
A zawsze chce wiedzieć lepiej.)
Z tym smarkaczem ciotka stara
Miała strapień co niemiara.
Zawsze jej czymś umiał dopiec,
Taki już był brzydki chłopiec.
Próżno ciotka mu wymienia
Albo Lucka, albo Henia,
Co ich przykład wszystkim świeci,
Jako grzecznych, dobrych dzieci;
On rozeprze się wygodnie,
Obie ręce włoży w spodnie,
Śmieje się i kiwa głową,
Jakby mówił: "Gadaj zdrowo!"

II

To rzecz nie do uwierzenia,
Co on ma za przywidzenia!
Czasem coś bez sensu maże
I mówi, że to w i t r a ż e.
To znów wieczór biega nago
I rozbija wszystkich lagą.
Ciotka krzyczy: "Joseph! arrete!"
A on: "Ciociu, to kabaret!"
Wszystkie meble w domu psuje:
Mówi, że sztukę s t o s u j e.
Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,
Deprawuje dzieci młodsze.
To rzecz w Polsce niesłychana:
Nie chcą wierzyć już w bociana!
Kiedyś wpada mała Hanka:
"Ciociu, jestem r o t o m a n k a" -
"Któż cię tak nauczył?!" - "Józio" -
Mówi z rozpaloną buzią.
"A ja - sepleni Ludwiczka -
Jestem święta pla-samiczka".
Chociaż zwykle dobra, słodka,
Zawyła ze zgrozy ciotka:
Raziła ją na kształt gromu
Taka hańba w polskim domu!

III

Czasem dobra ciotka woła:
"Usiądźcie, dzieci, dokoła,
Powiem wam o dawnych dziejach,
O hetmanach, kaznodziejach,
Potem każde z was wymieni,
Którego najwyżej ceni".
A Józio ze śmiechu kona
I krzyczy: "Ciociu! Kambrona!"

IV

Czasem, a najwięcej w poście,
Przychodzą do ciotki goście.
"Józiu, przywitaj się z panem!
Co ty tam za parawanem?!
Wyłaź stamtąd, puść Haneczkę
I powiedz gościom bajeczkę".
Wylazł Józio, głową kiwa
I w te słowa się odzywa:
"Bajeczka pana Jachowicza.
Staś na sukni zrobił plamę,
Oblał bowiem ponczem mamę;
A widząc ją w srogim gniewie,
Jak przepraszać, sam już nie wie.
'Plama głupstwo - mama doda -
Ale ponczu, ponczu szkoda!'"
Skończył Józio, gość się śmieje,
A ciotkę wnet krew zaleje:
Biedaczka dostała mdłości
I ze wstydu, i ze złości.
Tak ten niegodziwy chłopiec
Zawsze ciotce umiał dopiec.

V

Tak się trapi dobra ciotka,
Pełna gracji, zacna, słodka,
Lecz największą ma subiekcję,
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.
Dojdżże ładu z taką głową:
Zawsze ma ostatnie słowo!
Ciotka prawi o Trzech psalmach,
Józio o "tańczących palmach";
Ciotka mu o apostołach,
On jej o spermatozoach;
Ciotka uczy, kto był G a l l u s,
On poprawia: "Ciociu, Phallus!"
Ciotka znów z innego wątku
Baje o świata początku,
Józio się ząb za ząb kłóci,
Że świat cały powstał z CHUCI.
(Mruknie ciotka w pasji szewskiej:
"Wciąż ten łajdak Przybyszewski!").
Ciotka znów o ideałach - Józio:
"Ciociu, co to wałach?"
Taką ciotka ma subiekcję,
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

VI

Kiedy wieczór już zapada,
Ciotka do snu się układa:
"Józiu! Zostaw ten rozporek
I chodź odmówić paciorek.
Niech Józio przy łóżku klęknie
I powtarza głośno, pięknie:
"Boziu, usłysz głos chłopczyny,
Odpuść s y n ó w naszych winy!
Polska cię na pomoc woła!
Niech tradycji i Kościoła
Pozostanie sługą wierną!
Erotyzmem ni m o d e r n ą
Niech się naród ten nie spodli!"
Teraz Józio się pomodli
Za mamusię, za tatusia, Potem grzecznie się wysiusia
I spokojnie, cicho zaśnie".
Brzydki chłopak mruknął: "Właśnie!"

pisane w r. 1907

Anatol Stern - Zabawa ludowa

arlekin, karehaz, pietruszka i pulcinello
z hanswurstem i stańczykiem mąkę śmiechu mielą

toć to karuzela! w niezmiennym porządku
skaczą tu osoby różnego stanu i obrządku

tysiąc bóstw wyprawia tutaj skoczne harce
za buddą na słoniu - na świni mknie pyzaty marcel

i on kiedyś będzie bogiem groźniejszym od jehowy
będzie łamał ludzi jak atleta podkowy

spójrz jak pokruszone zęby wyszczerza żółty kołnierz
tam gdzie tumult największy czyni siłomierz!

wypinają na nim tłuste brzuchy z majestatem
trzy osoby czerwone na pysku pękate

pierwszy to łotr żorż - ten ma twarz kaprala
na którego policzkach niedziela blaski rozpala

drugi o szczękach buldoga to mussolini -
rzeźnik spacerujący łapą po mandolinie

trzeciego - dalibóg! tej góry tłuszczu nie poznacie:
to ten co w waszych sercach śpi słodko jak w wacie

ach któż to uniósłszy młot w górę jak żelazny sztandar
uderzył weń aż krwią się zalał stojący obok żandarm!!

i już spadł śnieg papierków którzy zwą: confetti
pierwsze fajerwerki - może gwiazdy - i bójka na wety

oto orgia ostrzejsza od paryskich nad ranem
gdy nagie kobiety w pończochach oranż rzygają szampanem

rzymskie świece strzelają w niebo jak poetów baśnie
przed tym tłumem który stężał w bolesnym grymasie

w tej pstrokatej chuście barw świateł i dzwięków
o jakże się czepiam wszystkiego i błądzę po cimeku

ja nie wiem nie wiem co ich taką napełnia ochotą!
czy ta strzelnica gdzie ich uczą robić z siebie rzeszoto?

pianola ciągle jednakowo chrypi i zawodzi
zardzewiała muzyka nabrzmiałych łzami godzin

niechaj palce zgrabiałe i czerwone od prania
pogrążą się w muzyce jak w zbolałej ranie

a chudziak w maciejówce i ta w bluzce z kretonu
tańczą wciąż pijani winem tych groszowych tonów

ona ona wczoraj pogrzebała w kloace noworodka
a ty brachu nie lękasz się że tu szpika spotkasz?

karuzela łez huśtawka nostalgii rozpaczy bez granic
taniec głodu którego deszcz karmelków nie nasyci  - zrani

Stanisław Osostowicz, Cyrk, 1934, [w zbiorach MNW]

niedziela, 15 maja 2011

Anna Achmatowa - * * * [W blaskach zachodu pożółkł świat...]

W blaskach zachodu pożółkł świat,
Czule kwietniowy chłód się skrada.
Spóźniłeś się o tyle lat,
A jednak jestem tobie rada.

Siądź  bliżej, usiądź przy mnie tuż,
I uśmiechając się oczami,
Na ten niebieski zeszyt spójrz -
Dziecinny zeszyt mój z wierszami.

Przebacz, że tonąc w smutku złym,
Cieszyć się słońcem nie umiałam.
Przebacz i to, że w życiu mym
Innych za ciebie często brałam.

tłum. Anatol Stern

Kuźma Petrov-Vodkin, Wiosna, 1935

sobota, 14 maja 2011

Anna Achmatowa - * * * [Ja nie będę z tobą piła wina]

Natan Altman, Portret Anny  Achmatowej


Ja nie będę z tobą piła wina,
Boś ty chłopak swawolny i zły.
Wiem ja, że dla ciebie nie nowina
Pod księżycem się całować z byle kim.

U nas zaś zawsze czas
Pełen bożych łask.

Każda z nas rozkaz ma -
Skrywać jasnych oczu blask.

Andrzej Bursa - Nadzieja


Jeżeli nam się uda to cośmy zamierzyli
i wszystkie słońca które wyhodowaliśmy w doniczkach
naszych kameralnych rozmów
i zaściankowych umysłów
rozświetlą szeroki widnokrąg
i nie będziemy musieli mówić że jesteśmy geniuszami

bo inni powiedzą to za nas
i aureole
tęczowe aureole
...ech szkoda gadać
Panowie jeżeli to się uda

To zalejemy się jak jasna cholera

wtorek, 10 maja 2011

Guillaume Apolinaire - Rozamunda

Louis Marocussis, Portret Apollinaire'a, akwaforta, słucha igła, 1919 r.


                                                              A Andre Derain
 Jak długo przy stopniach pod starem
Domostwem gdzie znikła w bramie
Ta za którą szedłem przez całe
Dwie godziny po Amsterdamie
Pocałunki dłonią rzucałem

Świeciły pustkami kanały
Z wybrzeży nikt również nie widział
Jak pocałunki oblegały
Tę co mi była panią życia
Przez dwie godziny w dzień wspaniały

I pod imieniem Rozamundy 
Tym łatwiej spojrzeć mi będzie
Jej usta rozkwitłe w Holandii
Odszedłem by szukać cię wszędzie 

tłum. Adam Ważyk [ z tomiku Alkohole]

Andre Derain, akt (albo jakaś potencjalna Rozamunda), akwaforta, miękki werniks